Jestem wdzięczna Bogu za to, że część mojego życia przebiegała w czasie pontyfikatu już wkrótce błogosławionego Jana Pawła II. Szczególnie niezapomniane było spotkanie z Ojcem Świętym w latach 80., gdy byłam wraz z moją mamą i dziećmi w Rzymie. Byliśmy tak bardzo blisko Ojca Świętego na spotkaniu modlitewnym w Ogrodach Watykańskich oraz na audiencji w Castel Gandolfo. Błogosławiony Jan Paweł II jest dla mnie drogowskazem, modlę się za jego wstawiennictwem, żeby jego słowa i jego nauczanie przyniosły plon obfity.

Teresa Siusta


Pierwsza informacja, jaka doszła do mojego ucha o wyborze Biskupa Karola Wojtyły na Papieża, była z radia Wolna Europa. Radość była niesamowita. Był to również rok, który wiązał się z podjęciem pracy, otrzymaniem mieszkania w Policach i przyjazdem naszej rodziny do Polic z Kostrzyna. 

Razem z żoną, dziećmi i wiernymi witałem Papieża Jana Pawła II w Szczecinie, Bydgoszczy i Gorzowie. Byliśmy też z pielgrzymką w Watykanie na 20-lecie Pontyfikatu Jana-Pawła II w 1998 roku dzięki prezentowi, jaki nam sprawili dzieci z okazji 25-lecia naszego ślubu. Niestety naszej grupie nie udało się dostać na audiencję do Papieża. W Watykanie byliśmy jeszcze raz w 2008 roku przy grobie Papieża Jana Pawła II z pielgrzymką z naszej parafii z ks. Pawłem. Była to pielgrzymka zadumy nad naukami, jakie przesyłał do nas Jan Paweł II w swoim Pontyfikacie.

W 1987 roku do wizyty Papieża Jana-Pawła II w Szczecinie, przygotowywała się również Parafia św. Kazimierza w Policach, wyznaczając grupę wiernych do tzw. Kościelnej służby porządkowej, celem obstawienia wraz z milicją trasy przejazdu Papieża na Jasne Błonie. W tej służbie byłem między innymi ja. Ustawiono mnie wraz z milicjantami na placu Lotników. Staliśmy najbliżej drogi przejazdu Papieża. Najbardziej utkwił mi w pamięci moment przejazdu Papieża, kiedy był najbliżej mnie (nas). Przeze mnie przeszły dreszcze i uczucie nie do opisania. Po przejeździe Papieża Jana Pawła II jeden z milicjantów siadł na murku obok i powiedział do drugiego. Coś przeze mnie przeszło, nogi mi się ugięły. Jednak w tym musi coś być.

Odejście od nas Papieża Jana-Pawła II do Domu Ojca, jak wszystkich tak i naszą rodzinę napawał smutkiem, tym bardziej że stało się to w dniu mojej rocznicy urodzin. Z całą rodziną cieszymy się że Papież Jan-Paweł II jest błogosławiony, chociaż osobiście uważam go za świętego. 

Jerzy Kryszewski


Apostolskie pielgrzymki Jana Pawła II dawały sposobność szczególnej łączności z tym niezwykłym Pielgrzymem. Moje spotkania z Janem Pawłem II w: czerwcu 1987 roku (Szczecin), czerwcu 1996 roku (Stadion Olimpijski w Berlinie), czerwcu 1997 roku (Gorzów Wielkopolski), czerwcu 1999 roku (Bydgoszcz), maju 2000 roku (Rzym), sierpniu 2002 roku (Łagiewniki, Kraków) zawsze były wielkim wydarzeniem. Przy Papieżu sprawy dotyczące wiary, świętości i zbawienia były najważniejsze i oczywiste. Był On prawdziwym Piotrem i Pielgrzymem naszych czasów, przynoszącym wiarę i nadzieję, głoszącym Słowo Boże i prawdę.

 
Jan Paweł II był papieżem prawie przez pół mojego życia. Siła jego osobowości była potężna. Papież Jan Paweł II jest dla mnie ogromnym autorytetem, podziwiałam go zawsze i podziwiam za jego odwagę w głoszeniu prawdy wiary, za spokój ducha, za dobroć. W naszych trudnych czasach zachwiania się i rozmywania wartości i fundamentów, Ojciec Święty był i jest drogowskazem, który wskazuje właściwą drogę postępowania i życia. To on stał się papieżem-pielgrzymem, który niósł Dobrą Nowinę do wszystkich zakątków ziemskiego globu, do każdego człowieka. Wielki od początku aż po sam koniec. Od początku, kiedy jako "papież z dalekiego kraju" podczas inauguracji swojego pontyfikatu wołał: "Otwórzcie drzwi Chrystusowi", po sam koniec, kiedy odchodził, godnie i świadomie, mówiąc, że "idzie do Domu Ojca".

Krystyna Wyrwicz


Moje pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II miało miejsce podczas pobytu Ojca Św. w Polsce 20 czerwca 1983 w Poznaniu, gdzie z grupą koleżanek z Oazy pod opieką s. Bogumiły Jaworskiej USJK, uczestniczyłyśmy w beatyfikacji Matki Urszuli Ledóchowskiej. Potem było jeszcze kilka spotkań z Papieżem, wśród nich: Szczecin 1987 r., gdzie uczestniczyłam w spotkaniu już jako postulantka we Wspólnocie Sióstr Uczennic Krzyża i Częstochowa 1991 r. – po moich pierwszych ślubach.


Jednak tym, jedynym i niepowtarzalnym okazało się spotkanie w Rzymie w listopadzie 2002 roku. Pojechałam na pielgrzymkę z grupą z parafii Matki Bożej Fatimskiej z Osiedla Słonecznego. Jak zwykle w planach była audiencja generalna, ale wiedzieliśmy, że stan zdrowia Papieża nie pozwala już na podchodzenie całych grup pielgrzymów. Pogodzeni z tym faktem czekaliśmy na przyjście Ojca Świętego. Wyszłam na chwilę z sali i nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła. Okazało się, że siostry zakonne i kapłani z naszej grupy otrzymali „karty”, dzięki którym będziemy mogli podejść do samego Jana Pawła II. Pamiętam, że już w kolejce do papieskiego fotela postanowiłam po prostu poprosić o błogosławieństwo. A potem znalazłam się u kolan Papieża. Klęczałam przed Nim i patrzyłam w Jego jasną twarz. I takie wspomnienie mi pozostało. Do dziś je mam głęboko wryte w pamięć: jasna, jasna twarz, wrażenie światła i uśmiechu. Poczułam, że Papież robi mi krzyżyk na czole i gładzi po policzku. Radość trwała zaledwie chwilę, poproszono kolejną osobę. Tam, u kolan papieża chciało się trwać i trwać. Pozostało wrażenie ogromnego szczęścia ale i niedosytu – że tak krótko. Mam nadzieję, że w niebie będę mogła posiedzieć dłużej. Tam będziemy mieli więcej „czasu”...


Jadwiga Szczepańska, we Wspólnocie Sióstr Uczennic krzyża – s. Michaela


Moje pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II miało miejsce zaledwie 7 dni po Jego wyborze na Papieża, na inauguracji pontyfikatu w dniu 22 października 1978 roku w Rzymie. To i następne spotkania z Ojcem Świętym zawdzięczam moim żyjącym, wspaniałym rodzicom (teściom) Janowi i Barbarze z Łodzi, którzy znali Jana Pawła II osobiście i byli Jego przyjaciółmi. Nie sposób opisać wzruszenie i dumę jaką tego dnia odczuwałam i radość, gdy następnego dnia 4000 tysiące Polaków (w tym ja) mogło się spotkać z Janem Pawłem II w Auli Św. Pawła na pierwszej audiencji. A potem były kolejne pielgrzymki do Rzymu. W roku 1979 papież w czasie audiencji na Placu Św. Piotra tak po prostu do nas powiedział: „przyjdźcie do mnie na śniadanie”. W Castel Gandolfo najpierw w prywatnej kaplicy uczestniczyliśmy we Mszy Świętej odprawionej przez papieża, a potem było śniadanie - nic nie jadłam – liczyła się tylko obecność papieża i rozmowa z Nim. I wreszcie ostatni pobyt w Rzymie w roku 1980, Msza Święta w ogrodach watykańskich i wspólne zdjęcie, na którym trzymam papieża dwoma rękoma, jakbym nigdy nie chciała się z Nim rozłączyć. Świadomość, że jest papieżem - zastępcą Chrystusa na ziemi i następcą Św. Piotra nigdy nie była dla mnie barierą w kontakcie. Rozmawiał jak najbliższa osoba, jak przyjaciel, jak ojciec. A ja w tym momencie czułam się najważniejsza. Myślę, że każdy tak odbierał kontakt z Janem Pawłem II. To jest Jego wielkość.

Róża Kłys



Dziś mija kolejna rocznica śmierci jednej z najwybitniejszych jednostek, jakie wydał w XX wieku naród polski. Karol Wojtyła urodził się w Wadowicach 18 maja 1920 roku, a odszedł z tego świata 2 kwietnia 2005 roku. Każdy z Polaków, przeżywał ten pontyfikat na swój własny sposób i każdy w różnym stopniu doceniał prawdy głoszone przez Jana Pawła II. Nie ma jednak wątpliwości co do faktu, że to Polska dała światu Papieża z dalekiego kraju, a Papież ten odwdzięczył się po stokroć, dając Polakom nadzieję i siłę, która zmieniła oblicze tej ziemi.

Muszę przyznać, że często rozmyślałem nad tym, jak zareaguję, gdy Papież Jan Paweł II zostanie zabrany do naszego Pana. Już od dzieciństwa portret człowieka w „śmiesznej czapeczce” towarzyszył mi w domu rodzinnym i nawet mimo tego, że długo nie zdawałem sobie sprawy kim ten człowiek jest, to jego obraz wbił mi się podświadomie w pamięć. Dopiero później, gdy już dorosłem na tyle, by uświadomić sobie, że praktycznie od urodzenia towarzyszył mi wizerunek pierwszego polskiego Papieża, mogłem docenić ten fakt i nawet doszukać się w tym pewnej symboliki.

Ja sam, urodziłem się w gorącym nie tylko pod względem pogodowym, miesiącu sierpniu 1980 roku. Słowo „Solidarność” było wtedy odmieniane przez wszystkie przypadki. Początkowo w Gdańsku, a później już w innych regionach kraju. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że człowiekiem, który przyczynił się do tej eksplozji społecznego entuzjazmu, dając ludziom wiarę, była właśnie ta osoba w „śmiesznej czapeczce” z portretu, który wisiał u mnie w pokoju. Nie uświadamiałem sobie też, że będę miał zaszczyt należeć do grona osób, które urodziły się i dorastały w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Za naszego życia nigdy nie było innego Papieża i nie mogliśmy wyobrazić sobie nawet sytuacji, że może być inaczej. Myślę sobie teraz, będąc już trochę po trzydziestce, że przywilejem takim niewiele osób może się poszczycić. Moje dzieci będą prawdopodobnie uczyć się na lekcjach historii o wielkim polskim papieżu, który zmienił oblicze kraju, w którym żyją, ale dla nich będzie to tylko postać z podręczników historii. Moje pokolenie natomiast może się definiować poprzez ten właśnie fakt. 

Moje spotkania z Janem Pawłem II zaczęły się dosyć późno. Pierwszą Pielgrzymką, którą pamiętam, była ta bardzo krótka z 22 maja 1995, kiedy to Ojciec Święty wypowiedział bardzo ważne i jakże aktualne dzisiaj słowa: (…)Czas próby polskich sumień trwa…Wbrew pozorom, praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj. Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencję do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Wtedy nie rozumiałem znaczenia tych słów. Dopiero dzisiaj, w czasach, gdy o obecność symbolu Krzyża w szkołach trzeba walczyć w Trybunale Europejskim w Strasburgu, a polski Sejm legalizuje posiadanie tzw. małych ilości narkotyków, nabierają one swego wyrazistego znaczenia.

Kolejną Pielgrzymką, która odcisnęła na mnie szczególne piętno, była ta z czerwca 1999 roku, której hasłem było „Bóg jest Miłością”, a którą równie dobrze można przyrównać do maratonu, tak była intensywna. Miałem wtedy okazję uczestniczyć w Mszy św. z Ojcem Świętym, która odbywała się w Licheniu (blisko miejscowości mojego urodzenia - Konina). Mimo, że utrudzony i schorowany Pierwszy Duszpasterz powitany został entuzjastycznie przez ok. 300 tys. przemokniętych wiernych. Papież wykazał się wtedy dużym poczuciem humoru, gdy stwierdził podczas homilii, że okrzyki ludzi „Witaj w Licheniu” skojarzyły mu się ze słowami „Witaj, ty leniu”.

Nie zdawałem sobie sprawy, że kolejny raz zobaczę na żywo Papieża dopiero za 6 lat, w pamiętnym roku 2005 w Watykanie. Możliwość ta będzie mi dana przy okazji mojego pobytu we Włoszech podczas programu wymiany studenckiej. Już później pomyślałem sobie, że fakt mojego przebywania we Włoszech w tamtych dniach, nie mógł być przypadkowy. Mimo, że może zabrzmieć to zbyt górnolotnie, to szukając w tym sensu, racjonalizacji, doszedłem do wniosku, że może zostałem tam wezwany przez Tego z góry. Może po to, aby uczestniczyć w pożegnaniu mojego wielkiego rodaka, z którym wiązało mnie więcej, niż wtedy mogłem sobie uświadomić.

Nie będę tutaj opowiadał o samym pogrzebie, pełnym symboliki i znaczeń. Mogę tylko wspomnieć, że czuło się na Placu Św. Piotra obecność Ducha Świętego. Wiatr rozpętał się już w czasie Mszy Świętej, odprawianej przez obecnego Papieża, a przedtem wieloletniego współpracownika Ojca Św. Kardynała Ratzingera. A gdy Pismo Święte ułożone na trumnie naszego Papieża, zatrzasnęło się tuż przy końcu samej Mszy, czułem, że dopełniła się droga wielkiego Papieża na tej ziemi. Ja sam pozostałem z uczuciem wielkiej osobistej straty, podobnie zresztą jak wielu ludzi na całym świecie. Połączyło nas wtedy, ludzi różnych narodowości, wielkie misterium śmierci i przez chwilę czuło się, że Karol Wojtyła udziela nam wszystkim ostatniego kazania. Tym razem bez słów, bez dowcipnych i zawsze celnych anegdot, mówi nam, że tak jak się żyło, czyli godnie, tak samo można i odejść z tego świata. A zwłaszcza, gdy się wierzy, że tam po drugiej stronie czeka na nas Ojciec Wszechmogący.

Od tego momentu na Placu Św. Piotra powziąłem postanowienie, że będę starał się żyć z taką samą godnością i emanować taką samą pogodą ducha, jak On. Nieważne, jak wielkie brzemię przyjdzie mi w życiu wziąć na barki, nie poddam się, bo wiem, że każde brzemię można udźwignąć, gdy zawierzy się Bogu. Karol Wojtyła udowodnił to całym swoim życiem i za to należą Mu się wielkie podziękowania.

Jeszcze Raz Bóg zapłać, Ojcze Święty.

Za Wszystko.

świadectwo anonimowe


Jeszcze czuję ciepło Jego rąk….

Do naszego pierwszego spotkania miało dojść w trakcie trzeciej wizyty Ojca Świętego w naszej Ojczyźnie w czerwcu 1987 roku. Podczas uroczystej Mszy Świętej odprawionej na szczecińskich Jasnych Błoniach, miałem iść z darami ołtarza. W ostatniej niemal chwili, ktoś mi przekazał wiadomość: nie ma zgody władz. Jako działacz podziemnej Solidarności nie pytałem - dlaczego? Wiedziałem, gdzie i w jakim systemie przyszło nam wtedy żyć. W sercu jednak pozostało: szkoda, mogłem być blisko naszego Ojca Świętego…


Pod koniec 1989 roku zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Księdza Kapelana ówczesnego Ordynariusza naszej Diecezji Ks. Bpa Kazimierza Majdańskiego: czy ma pan ważny paszport? Jedziemy, jako delegacja naszej Diecezji, do Rzymu na konsekrację nowego Biskupa Pomocniczego - Ojca Błażeja Kruszyłowicza.


Uroczystość konsekracji odbyła się w Święto Trzech Króli, 6 stycznia 1990 roku, w Bazylice św. Piotra. Tuż przed nią dowiedziałem się, że spotkał mnie olbrzymi zaszczyt przyjęcia podczas niej Komunii Św. z rąk Ojca Świętego. To było moje pierwsze, bliskie z Nim spotkanie. Kolejne, po dwóch dniach, miało miejsce w jednej z sal Pałacu Watykańskiego 8 stycznia 1990 r. Jako delegacja, na czele z ówczesnym naszym Ordynariuszem Ks. Biskupem Kazimierzem Majdańskim, Biskupami Pomocniczymi i nowo konsekrowanym Biskupem Błażejem oraz Jego Rodziną, zostaliśmy przyjęci przez Ojca Świętego na audiencji prywatnej. Po części oficjalnej, Ks. Arcybiskup Kazimierz Majdański wraz z Ojcem Św. podchodzili kolejno do poszczególnych osób, Ks. Arcybiskup je przestawiał i odbywała się krótka 3-4 minutowa rozmowa, a na jej zakończenie, otrzymywaliśmy różańce.


W trakcie tego krótkiego spotkania Ojciec Święty położył na moich rękach swoje dłonie. Wyczuwałem ich ciepło, ciepło, które czuję do dziś i niosę je w swoim sercu razem z głębokim spojrzeniem Jego niebieskich oczu…

Kazimierz Drzazga


Miałem w życiu ten wielki zaszczyt bezpośredniego spotkania ze świętym człowiekiem. Decyzja Kościoła o jego beatyfikacji to tylko potwierdzenie faktu. Spotkałem go dwukrotnie – w 80. rocznicę jego urodzin oraz kilka lat później, gdy był już cierpiący i fizycznie słaby. Jednak wewnętrzna siła tego człowieka emanowała na wszystkich, którzy byli wtedy ze mną.


Miałem wrażenie, że to spotkanie dodaje mi sił. On – cierpiący, siedział na swoim papieskim fotelu, a wokół niego – jedna z wielu pielgrzymujących grup. Byliśmy jedną z wielu setek tysięcy, a może jedną z wielu milionów grup, które przyjął w swoim życiu. Mimo to czułem niezwykłą bliskość z Papieżem, jakbyśmy byli dla niego oczekiwanymi i wyjątkowymi gośćmi.


Ta wewnętrzna siła Jana Pawła II do dziś jest dla mnie wzmocnieniem w chwilach, gdy – jak każdy człowiek – doświadczam momentów zmęczenia. Świadomość walki, jaką każdego dnia toczył z własną, fizyczną niemocą, zawstydza i nie pozwala poddawać się nawet w najtrudniejszych chwilach. Jego ból i miłość do ludzi upodobniają go do Tego, czyje nauki głosił.


Ale Jan Paweł II jest dla mnie nie tylko Świętym Człowiekiem, ale także – prawdziwym wzorem Polaka i patrioty. Dlatego jego obecność w Policach – duchowa i symboliczna, w postaci pomnika – w moim odczuciu ma wymiar budowania naszej polskiej tożsamości na północnych rubieżach Rzeczypospolitej; ziemiach, które zamieszkujemy od niespełna dwóch pokoleń. Jestem dumny, że pochodzę z tego samego narodu, z którego wywodzi się Papież Polak.

Władysław Diakun


Moje przeżycia związane z Janem Pawłem II

Kiedy w 1978 roku gruchnęła wiadomość, że kard. Karol Wojtyła został wybrany na Papieża to w jednej sekundzie gdzieś w klatce piersiowej wybuchła fala ciepła. To był wybuch nagłej radości. Chyba tak odebrała to cała Polska. W tym momencie do naszej szarej, socjalistycznej rzeczywistości przebił się promyk słońca.

Całe słońce zaświeciło nad Polską, kiedy Ojciec Święty przyjechał w 1979 roku. Była to atmosfera święta, radości, że wszyscy jesteśmy w domu i jest z nami Ojciec. A kiedy na Placu Zwycięstwa (!) w Warszawie wypowiedział z wielką mocą słowa modlitwy „Niech zstąpi Duch Twój…” dreszcze przeszły przez całe ciało. Więc to tak wygląda rozmowa z Bogiem, tak wygląda modlitwa, czuło się w tym momencie, że natychmiast wysłuchana.

Odtąd, kto potrafi i rozumie, modli się codziennie za Ojca Świętego. W tej atmosferze przychodzi odzew na modlitwę z Placu Zwycięstwa. Wybucha Solidarność. Jest wielka (w krótkim czasie prawie 10 000 000 członków), jest piękna jak wiosna, niosąca nadzieję. Jest biało-czerwona – polska.

Przez krótki czas, jako młody wówczas człowiek, widzę jak wygląda Naród polski, jak może wyglądać. Krótki czas, bo Zły nie popuszcza, nie chce oddać nam wolności. Posyła Solidarności „doradców”, którzy mają Ją skręcić w lewo, sprowadzić do parteru, rozmyć. Solidarność się nie daje, więc jak grom z jasnego nieba uderza w nas stan wojenny. Tysiące ludzi internowanych. Są zabici i ranni, wyrzucani z pracy (jestem wśród nich). Cały Naród przygnębiony, zamknięty w sobie. Ale się nie poddaje. Wre niebezpieczna, ryzykowna praca w podziemiu, w kościołach kapłani gromadzą ludzi na mszach św. Za Ojczyznę. Najgłośniej w Polsce i w świecie jest o mszach św. u św. Stanisława Kostki w Warszawie, gdzie ks. Jerzy Popiełuszko budzi nadzieję, podtrzymuje wiarę, uczy zło dobrem zwyciężać. Ks. Jerzy jest dziś błogosławiony, wcześniej okrutnie zabity. Oddał życie za wiarę, za Ojczyznę, za Solidarność. Ginie w tamtym czasie jeszcze wielu kapłanów i wielu działaczy Solidarności. A sprawcy do dziś nie znani.

Ale to nie koniec ciosów. Oto bodaj największy, który sparaliżował cały Naród. 13 maja 1981 roku na placu św. Piotra w Rzymie, zamachowiec strzelił do Ojca Świętego. Cały świat wstrzymał oddech, a Polska? Polska jakby dostała cios w serce. I kiedy cały Naród odrętwiały w bólu modlił się i płakał, tam w Rzymie lekarze walczyli o życie Ojca Świętego, a czuwała przy Nim Matka Boża. Dziś wiemy, że Ona Go uratowała. Lecz kiedy Papież leżał jeszcze po zamachu w szpitalu, tu w Polsce umierał Ojciec Narodu, który od 1948 roku prowadził nas przez ciemną dolinę komunizmu – wielki Prymas Tysiąclecia, sługa boży ks. Stefan kard. Wyszyński. Ojciec Święty nie mógł być obecny na Jego pogrzebie, ale w 1983 roku, w ciemną noc stanu wojennego, przyjechał i znowu zaświeciło słońce. Zrobiło się biało-czerwono nie tylko od flag, ale też od transparentów Solidarności. Ludzie smętni pochowali się, a na wierzch wypłynął polski Naród. znów w Polsce było słychać modlitwy, pieśni, w kościołach bicie dzwonów, a przez Polskę niósł się okrzyk „ZOSTAŃ Z NAMI”.

Przyszedł rok 1987. Jeszcze atmosfera stanu wojennego, jeszcze między nami pełno „współpracowników” z uszami wyciągniętymi, żeby lepiej słyszeć, z oczami w dłoni, żeby lepiej widzieć, a potem uprzejmie donosić. Polska wynędzniała – po 40 latach budowania socjalizmu i „dobrobytu” brakowało wszystkiego. Dobrze, że nie mieszkamy na pustyni, bo po 40 latach budowania tego „dobrobytu” na pewno zabrakłoby piasku. Ale to nieważne. Ważne, że z nami jest Ojciec Święty i to tym razem w Szczecinie – na Jasnych Błoniach. Dla mnie to dodatkowe, wielkie przeżycie i ogromny zaszczyt, bo oto jako przedstawiciel Polic otrzymałem Komunię św. z rąk Ojca Świętego. Zaszczyt to wielki i wielkie święto. Wszyscy jesteśmy wpatrzeni i wsłuchani w Ojca Świętego, a On uczy nas, że mamy stać twardo na nogach i nie chwiać się pod naporem wiatru wiejącego od morza.

Przyjeżdżał tak co 4 lata, podtrzymywał nas, „ładował nam akumulatory” i za każdym razem żegnał Go okrzyk - zostań z nami. A my? Modliliśmy się za Niego codziennie, dziękowaliśmy Panu Bogu za Jego, już nie czyny, a dzieła. Jednak z biegiem czasu było nam coraz smutniej, ponieważ patrzyliśmy jak bardzo cierpi i jak gaśnie. Aż przyszedł rok 2005, a w nim dwa najdłuższe tygodnie. Wielki tydzień przed świętem Zmartwychwstania i tydzień przed świętem Miłosierdzia Bożego. Ojciec Święty odchodził. Już nie tyle On z nami, co my z Nim byliśmy, a On nam udzielał cichej nauki. Jak szanować życie do końca, jak cierpieć i ofiarować cierpienie Bogu, jak być wiernym do ostatniego tchnienia i jak kochać bliźniego i błogosławić mu każdym gestem. Odszedł do Domu Ojca 2 kwietnia 2005 roku, w wigilię święta Miłosierdzia Bożego. Modlimy się za Niego, modlimy się do Niego, modlimy się za Ojczyznę, która wciąż przeżywa takie same problemy. Wciąż giną nam najlepsi, a winnych nie ma. Oto 10 kwietnia 2010 roku, również w wigilię Bożego Miłosierdzia ginie pod Smoleńskiem, w pobliżu Katynia, prezydent Rzeczpospolitej z szefami najważniejszych instytucji państwa, generałami – dowódcami wszystkich rodzajów sił zbrojnych WP, posłami, senatorami i znowu kapłanami, z ks. biskupem polowym  WP. Straciliśmy najlepszych z obecnego pokolenia, najlepszych, bo wyrosłych z modlitwy Ojca Świętego wypowiedzianej na Placu Zwycięstwa i z Jego nauki. Nie oszołomów i nie nieudaczników, jak nam ich przedstawiano, ale kochających Boga, Ojczyznę i swój Naród.  Zginęli lecąc uczcić pamięć pomordowanych w ludobójczym amoku, strzałem w tył głowy, naszych najlepszych rodaków z poprzednich pokoleń. Dokładnie po 70 latach po tamtym mordzie.

Jednak nadzieja nie umarła. 1 maja 2011 roku z kolejną pielgrzymką powróci do nas Ojciec Święty. Przybędzie z orszakiem świętych polskich braci męczenników, z błogosławionym księdzem Jerzym, ze św. Faustyną, ze św. Andrzejem Bobolą, św. Kazimierzem i całą armią polskich świętych, którzy przed majestatem Boga orędują za nami.

Z tej pielgrzymki Ojciec Święty już nie odejdzie. Zostanie z nami.

Jerzy Przybył


Było lato 1988 roku. W parafii p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Policach nieżyjący już ksiądz Czesław Jarymowicz zorganizował pielgrzymkę do słonecznej Italii, do Rzymu. Wyjazd obfitował wieloma przeżyciami o różnym kolorycie. Samo przekraczanie granicy przyniosło pierwsze emocje. Czechosłowaccy „pogranicznicy” bardzo dokładnie nas skontrolowali, czy czasem nie przemycamy na zachód ludzi. Austriacki strażnik pozdrowił nas ruchem ręki i… mogliśmy jechać dalej. To było dla nas coś nowego. A włosi tylko zapytali, czy nie przewozimy broni. Oj, wieźliśmy mnóstwo. Były to modlitwy i różańce. Ale to przecież nie o taką broń chodziło.

W samych Włoszech emocje rosły. Od pięknych autostrad i tuneli, prześlicznej Wenecji w której uliczkach nocą się zagubiliśmy, poprzez Loreto i modlitwę w Domku Najświętszej Rodziny z Nazaretu. Mieliśmy okazję dotknąć oczami przepychu i luksusu w Rimini nad Adriatykiem, a w samym Oceanie zażyć kąpieli w tej słonej wodzie.

Asyż – zaszczyt śpiewania przy grobie Św. Franciszka. Sancta Maria w wykonaniu kwartetu – Zuzia i Józek Majosowie, Basia Zatyka i niżej podpisany – zabrzmiało bardzo uroczyście. Wreszcie Rzym. To wieczne miasto można zwiedzać cały rok. My mieliśmy tylko kilka dni.

I oto nadszedł najważniejszy dzień. Eucharystia dla Polaków na dziedzińcu Letniej Rezydencji Papieskiej w Castel Gandolfo, której przewodniczył nasz Papież. To było wielkie przeżycie. Miałem ze sobą dobry aparat, teleobiektywy, lampę błyskową z Pewex’u, ale… w czasie mszy św. nie odważyłem się zrobić żadnego zdjęcia. Po błogosławieństwie Ojciec Hermo poprosił, by pielgrzymki ustawiły grupami do zdjęć z Papieżem. Staliśmy jako 4. grupa. Ksiądz Czesław w środku, obok cisnęły się panie, a ja skromnie na prawym skrzydle.

Wreszcie Ojciec Św. zaczął iść w naszym kierunku. Przechodził obok mnie dosłownie centymetry. Nie wiem do dziś skąd ten pomysł przyszedł mi do głowy. I skąd tyle odwagi. To był ułamek sekundy. Postanowiłem dotknąć skraju białej szaty Ojca Św. Ale nie dotknąłem Jej lecz… pogłaskałem Papieża po lewym ramieniu. Trzy razy. Prawą ręką. Bardzo delikatnie z pokorą i bojaźnią. Trwało to sekundę, może dwie…

Później było wspólne zdjęcie, ja robiłem zdjęcia z których żadne mi nie wyszło, wręczyliśmy prezent.

Cały czas ktoś coś mówił, Ojciec Święty z nami rozmawiał, ale nic kompletnie nie słyszałem. Ani słowa drogi czytelniku.                             

*  *  * 

Po zdjęciu (fotograf Arturo Mari) wyszliśmy przez bramę Rezydencji na zewnątrz i tam…rozpłakałem się jak dziecko. Ja 36 letni mężczyzna ryczałem jak bóbr. Oddaliłem się nawet od grupy bo mi było wstyd.

I tak stałem na skraju placu, a łzy leciały mi jak przysłowiowe grochy. Przyszła refleksja, że pogłaskałem samego Pana Jezusa, później myśl, że Świętego. Dziś wiem, że i jedno i drugie. Ilekroć jest mi w życiu

smutno, ciężko, wspominam tą chwilę, którą będę pamiętał całe życie… i zawsze mnie przeszywa nawet po tylu latach ten sam „święty dreszcz”…

 Jerzy Leszczyński


Powiem uczciwie: Jan Paweł II na początku swojego pontyfikatu był dla mnie kimś odległym, kto mówił rzeczy nie zawsze dla mnie zrozumiałe. Czułam się dumna, że jestem Polką – jak on – ale jak każdy młody człowiek z trudem przyjmowałam pouczenia, zakazy i nakazy. Wchodzenie w wiek dojrzały i wtapianie się w rzeczywistość dorosłą „pojaśniło” jego słowa – stawały się coraz bardziej zrozumiałe. Ale dopiero ten etap jego życia, w którym stanął naprzeciw własnego cierpienia i fizycznej niemocy, otworzył mój umysł na sens jego nauki.


Paradoksalnie – im mniej zrozumiałe stawały się słowa, które wydostawały się z jego ust, tym jaśniejsza stawała się ich treść. Dla mnie najważniejszym przekazem był wysiłek, jaki człowiek powinien włożyć, by odrzucić własne lenistwo, egoizm i próżność i dostrzec drugiego człowieka. Co z tego, że cię boli, że jesteś zmęczony, że ciało niedomaga? Pomyśl o kimś, kogo jeszcze bardziej boli, kto jeszcze bardziej jest zmęczony i jeszcze bardziej niedomaga. Zawsze znajdzie się ktoś taki, bez względu na twoje własne cierpienia. Pomyśl, ile tak naprawdę masz w sobie siły, by mu pomóc.


Człowiek nie ma prawa marnotrawić swojego potencjału. To boski dar, a jego lekceważenie prędzej czy później da o sobie znać. Trzeba wyciskać z siebie jak sok z cytryny – do ostatniej kropli. Żeby nic się nie zmarnowało. Dopóki dana nam jest obecność w świecie materialnym. W moim odczuciu właśnie tak żył Jan Paweł II. Przekraczał granicę cielesnej słabości i żył nie dla siebie, lecz dla drugiego człowieka . Jak Chrystus…
To przekaz, jaki odbieram z duchowych spotkań z JP II. Odbywają się one poprzez każdą myśl, w której się pojawia ten niezwykły Pielgrzym. To niedościgły wzór, który staram się naśladować.

Elżbieta Biś